Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To prawda, mój syn ma racyę. To rzerzeczywiście nie może być, żeby papież umarł.
Jakaś posługaczka szpitalna stała w środku gromady ludzi i mówiła bardzo głośno. Była tak wzruszona, że łzy spływały jej po policzkach. Opowiadała, że przed pięciu laty otrzymała rozkaz wyjazdu do szpitala trędowatych, daleko na wyspie, położonej na drugiej półkuli. Naturalnie musiała rozkazu posłuchać, ale uczyniła to bardzo niechętnie. Bała się okrutnie tego nakazu. Ale nim wyjechała, była na audyencyi u papieża, a papież udzielił jej szczególnego błogosławieństwa i przyrzekł że znów ją przyjmie, gdy powróci. I żyła przez całe te pięć lat na obczyźnie tylko tą nadzieją, że go jeszcze raz zobaczy. To jej dało siły by przemódz wszystkie okropności. A teraz, kiedy wkońcu mogła wrócić, usłyszała wieść, że on leży na łożu śmiertelnem. Więc go nawet już nie zobaczy.
Była ogromnie zrozpaczona, a i stara Concenza była bardzo wzruszona. To rzeczywiście będzie za wielki ból dla tych wszystkich ludzi, gdy papież umrze, pomyślała, idąc dalej.
Kiedy widziała, że wielu ludzi chodzi zapłakanych, pomyślała z uczuciem dobroci, jakiemby to było szczęściem widzieć radość wszystkich, gdyby papież wyzdrowiał. A ponieważ ona, jak wielu ludzi pogodnego umysłu, właściwie nie obawiała się więcej śmierci, jak życia, powiedziała do siebie samej: