Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sobie podobni. Bez względu na to, jaką bronią posługiwał się kto z nas przed przybyciem w to miejsce, każdy na Wale Hadrjana musiał stać się, za wzorem Scytów, łucznikiem. Przed strzałą Pikt nie ucieknie, ani się pod nią nie przemknie, zresztą sam też łucznikiem jest wybornym. On się zna na tem!
— Przypuszczam, że musieliście toczyć ciągłe walki z Piktami, — rzekł Dan.
— O nie! Piktowie rzadko występują do walki. Przez całe pół roku nie zdarzyło mi się obaczyć Pikta nawet na lekarstwo. Obłaskawieni Piktowie opowiadali nam, że ich dzicy pobratymcy wszyscy wywędrowali na północ.
— Co to znaczy „obłaskawieni Piktowie“? — zaciekawił się Dan.
— Ano, tacy Piktowie (a jest ich wielu), którzy znają nieco wyrazów naszej mowy i przekradają się przez Wał, by sprzedawać nam kuce i psy wilczury. Bez konia, psa i przyjaciela, człowiek zginąłby snadnie. Bogowie dali mi i psa i konia i przyjaciela, a pomnij, mój chłopcze, gdy wyrośniesz na młodzieńca, że niema daru tak cennego jak przyjaźń, albowiem los twój może zależeć od tego, kto ci będzie pierwszym w życiu prawdziwym przyjacielem.
— Słowa jego mają oznaczać — rzekł Puk, szczerząc zęby, — że jeżeli postarasz się sam być dobrym kolegą, za lat młodych, to napewno w latach dojrzalszych będziesz się przyjaźnił z przyzwoitymi ludźmi. Jeżeli będziesz łobuzem, to