Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


na nic po drodze, iż o mało nie przydeptały sójki, która właśnie jadła z ręki Puka.
— Pomału! — zawołał Puk. — Kogóż tu szukacie?
— A kogóżby jak nie Parnezjusza! — odpowiedział Dan. — Dopiero teraz przypomnieliśmy sobie, co się wczoraj działo! O, nieładnie z nami postępujesz!
Puk parsknął śmiechem, powstając z ziemi.
— Bardzo was przepraszam... ale dzieci, które spędziły pół dnia ze mną i rzymskim centurjonem, muszą otrzymać dawkę czarodziejskiego środka na uspokojenie nerwów, zanim zasiądą do podwieczorku z guwernantką. Hej, Parnezjuszu! bywajże, bywaj!
— Jestem na twe zawołanie, mości Faunie! — zabrzmiała odpowiedź od strony Volaterrae. Dzieci dostrzegły błysk spiżowej zbroi pomiędzy kępami brzóz oraz przyjazne migotanie jego wielkiej tarczy, podniesionej wgórę.
— Ha! ha! ha! — śmiał się, jak dziecko, Parnezjusz. — Wypędziłem Brytańczyków i zająłem ich warownie! Ale Rzym jest wspaniałomyślny! Pozwalam wam przyjść tu na górę!
Przeto wygramolili się wszyscy na majdan forteczny.
— Cóż to była za piosnka, którą śpiewałeś przed chwilą? — zapytała Una, usiadłszy.
— Ta piosnka?... e, to „Rimini“. To jedna z tych śpiewek, które ustawicznie wędrują po całem cesarstwie. Szerzą się jak zaraza przez pół