Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gwar wzrastał coraz bardziej, w przerwach między poszczególnemi daniami grała stosownie do odwiecznego zwyczaju muzyka pułkowa, póki wszystkie języki nie umilkły w oczekiwaniu pierwszego urzędowego toastu. Wtedy jeden z oficerów, wstając ze swego miejsca, rzekł: — „Mr. Vice, Królowa“ — zaś mały Mildred z szarego końca odpowiedział: — „Królowa, niech ją Bóg błogosławi!“ — i długie ostrogi zadzwoniły, gdy ci ogromni mężczyźni podnosili się, aby wypić zdrowie Królowej, niesłusznie podejrzewani o to, że z jej żołdu płacą rachunki swych przyjęć pułkowych Ten sakrament biesiady oficerskiej nigdy się nie starzeje i nigdy nie przestaje chwytać za gardło widza, czy to na morzu, czy na lądzie. Dirkowicz wstał ze swem „sławni bracia“, ale nie mógł się zorjentować. Tylko oficer może powiedzieć, co ten toast znaczy, a w rzeczywistości jest w nim więcej sentymentu, niż treści. Bezpośrednio po chwili milczenia, jakie zwykle następuje po tym obrzędzie, wszedł oficer-krajowiec, który grał po stronie Laszkarów. Prawda, w obiedzie udziału brać nie mógł, przyszedł jednak kiedy podawano deser, przynosząc ze sobą całych sześć stóp swej wysokości, z błękitno-srebrnym turbanem na górze i wysokiemi czarnemi butami na dole. Biesiadnicy zerwali