Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja?... ja?... Nawet mi przez myśl nie przeszło, że on mógłby bawić się z tą plugawą małpią czeredą... Tfu!
Nowy grad pocisków posypał się na ich głowy, przeto Bagheera i Baloo oddalili się żwawo, zabierając z sobą Mowgliego.
To, co Baloo mówił o małpach, było świętą prawdą. Siedliskiem tych stworzeń były wierzchołki drzew, a ponieważ zwierzęta puszczańskie nader rzadko spoglądają wzwyż, przeto nieczęsto właziły małpom w drogę. Natomiast małpy, ilekroć zdybały chorego wilka, zranionego niedźwiedzia czy tygrysa, zawsze znęcały się nad nim bezlitośnie; pozatem miały zwyczaj obrzucać wszelkie zwierzę orzechami i patykami — bądź dla zabawy, bądź też celem zwrócenia na siebie uwagi. Kiedyindziej wyły w niebogłosy i wyśpiewywały niedorzeczne piosenki, wzywając mieszkańców dżungli, by włazili na drzewa i tu staczali z niemi bójkę. To znów walczyły między sobą zaciekle, pozostawiając trupy zabitych małp w takiem miejscu, by mogły rzucać się w oczy plemionom dżungli. Stale nosiły się z zamiarem, by za chwilę obrać sobie naczelnika, ustanowić własne prawa i obyczaje, ale zamiaru tego nigdy nie wcieliły w czyn, gdyż niezdolne były zachować niczego w pamięci choćby przez dzień jeden. Nie przejmowały się jednak niczem, na pociechę powtarzając ukute przez siebie przysłowie:
— Bandar-log dziś rozmyśla o tem, o czem dżungla ma jeszcze czas myśleć!