Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kładają się od śmiechu. Nas, obywateli dżungli, z temi małpiszonami nic nie łączy! Nie chodzimy tam, gdzie one chodzą, nie pijemy tam, gdzie one piją, i nie polujemy tam, gdzie one polują, a nawet nie umieramy pospołu z niemi. Czy do dnia dzisiejszego słyszałeś kiedy z ust moich choćby najmniejszą wzmiankę o Bandar-logu?
— Nie! — odpowiedział Mowgli szeptem, albowiem po przemówieniu Baloo zapanowała w całym lesie dziwna jakaś cisza.
— Plemiona dżungli nie wspominają o nich nietylko w słowach, ale nawet i w myśli. Stworzenia te, które zwiemy małpami, są bardzo liczne, złośliwe, brudne i bezwstydne. Jeżeli mają jakiś określony cel w życiu, to chyba tylko ten, by zwrócić na siebie uwagę mieszkańców dżungli. Ale my nie zważamy na nie wcale, nawet wtedy, gdy zaczną rzucać orzechy i różne śmiecie na nasze głowy.
Ledwo tych słów domówił, gdy z koron drzewnych posypał się grad orzechów i drobnych gałązek, a jednocześnie rozległy się małpie pochrząkiwania, skowyty i chrzęst gniewnych harców pośród listowia.
— Z plemieniem małp nie wolno się zadawać — oświadczył raz jeszcze Baloo; — nie wolno mieszkańcom dżungli kumać się z niemi. Zapamiętaj to sobie!
— Nie wolno — powtórzyła Bagheera. — Jednakże jestem zdania, że Baloo powinien był ostrzec cię przed niemi, Mały Bracie!