Strona:Respha.pdf/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Te już dawno przekwitły. Teraz są róże.
— Ładne?
— Ot takie.
Podałem jej rozkwitły królewsko kwiat z cudnym nabrzmiałym pączkiem drugiego, z łezkami na nich rosy.
— Ach, dziękuję. Śliczna!
— Ale nie najładniejsza. Gdybyś sama chciała wybrać... Może wolałabyś białą?
Miała minkę zakłopotaną i skubała wstążeczkę, w plecioną do warkocza.
— Przyjdź — prosiłem.
— Nie.
Prosiłem już tylko milczeniem, w którem może wyczuła łzy dzikiego chłopca.
— Możebym przyszła — rzekła wahająco — ale co powie twoja mama?
— Pocałuje cię — zawołałem radośnie — i poprosi, żebyś sobie sam a wybrała kwiaty.
I przyszła. Oprowadzałem ją po ogrodzie i rwałem dla niej róże...
Na tem koniec. — Czy ona z rodzicami wyprowadziła się wkrótce z tych stron, czy to myśmy w tedy na dłuższy czas wyjechali do Warszawy — nie pamiętam. Nigdy się nie dowiedziałem czy ta dziewczynka miała dla mnie trochę sympatji, czy była tylko litościwą, czy tylko lubowniczką kwiatów.