Strona:Respha.pdf/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie sprawdzałem nigdy czy to było jej pismo. I po co? Nie trzeba zaglądać za złudę ani ściskać palcami kolorowej bańki mydlanej. Owszem, w tedy trzeba wierzyć — listom, spojrzeniom, nieuchwytnym obietnicom uśmiechu, nawet przysięgom. Jedno powiedziałbym, że rozpinając swą złudę lepiej chyba brać do tego coś pięknego. Królewski płaszcz swego marzenia, utkanego złotem i perłami, zarzucił Don Kichot na brudne ramiona folwarcznej dziewki. Tak mu się podobało i tak zrobił, i dobrze zrobił, gdyż chciał dowieść i dowiódł istotnie, że rzeczywistość tkwi w nas nie zaś w tem, na co patrzą oczy rozmarzone. Ale ja wolę, że moja Dulcynea była milutką, pełną wdzięku dziewczynką, z rozwianemi pukielkami jasnych włosów, z muzyką cieniów i uśmiechów przelewających się po twarzyczce, żywą, roześmianą — uroczą antytezą mego zdziczałego samotnictwa.
Jeśli mój Mefisto podsunął mi własne pismo, na czem zarobił kilka więcej garści agrestu, to w dalszym toku rzeczy okazał jednak istotną gorliwość.
Widziałem — przez pamiętną ową dziurę w parkanie wyglądając — jak łakomy Mefistofeles kusił Małgorzatkę; coś do niej żarliwie mówił — ręką na nasz ogród wskazywał; może cuda o kwiatach naszych opowiadał; mnie może wystawiał jako zaklę-