Strona:Respha.pdf/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pokoju, nie bałem się ciemnego ogrodu; szeleszczący jego oddech uspokajał mnie; z niechęcią myślałem o mieszkaniu i siedzących tam strachach, których tu nie było. Kiedyś uświadomiłem sobie to wszystko w wielkiej wdzięczności, a z tego ziarna urosła z czasem tak ogrom na miłość przyrody, że mocy jej nazwać naw et się nie kuszę. Nikomu i niczemu tyle nie zawdzięczam — pociechy, ukojenia, zachęty, poznania Boga, poezji, pogodzenia się z życiem. Stałem się tak jedno z nią, że sam czuję się jak jakiś żywioł rozlewny; trwać będę nie w swych marnych utworach, nie w duszach i sercach ludzi, lecz w lipach i szumiącym borze sosnowym. Nie jestem obłudny, więc powiem, że nigdy człowieka — jednego, lub zbiorowego — tak nie kochałem... W uczuciach dla ludzi zawsze coś się rwało; tu — jedna nieprzerwana nić.

∗             ∗

Zima wtedy — równie jak dziś — była dla mnie czemś okropnem. Świat najżyczliwszy i najmilszy oddalał się odemnie, uchodził w siebie, zamykał na siedm pieczęci. Nie mogłem tego zrozumieć i w jakiemś trwożnem napięciu oczekiwania wyglądałem wiosny. Ale w wytworzoną lukę coś musiało napłynąć. Napłynęła — książka. W kraju wiecznej wiosny chyba nikt by mnie do abecadła