Strona:Respha.pdf/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niego niezauważony i żeby człowiek ten w obserwacji mojej przełamał się jakąś ujm ującą cechą, czy zewnętrzną — w rysach, uśmiechu, wyrazie ócz, głosie, czy — w postępowaniu; słowem nie zażegnywania zzewnątrz, lecz promieniowania trzeba było jakiegoś ku niemu odemnie zwewnątrz ciepłem, uśmiechem, chęcią dobrowolną powitania, ucałowania, przylgnięcia. I wtedy człowiek ten wołać mnie nie potrzebował, szedłem sam i lgnąłem już natrętnie.
W owych latach zwierzęta nie grały w mojem życiu żadnej roli, natomiast inny świat o bardziej bezwładnej od nich i prostolinijnej psychice — wobec skąpych relacyi z ludźmi — narzucił mi się z ogromną siłą. Świat roślin.
Ładny był nasz ogródek w Lublinie. Na terenie dość urozmaiconym miał bujną roślinność. Wzdłuż, środkiem biegł wał, podobny do resztek jakiegoś okopu, kończący się niby bastjonem górką, z wewnętrznej strony jak wały forteczne niższy, z zewnętrznej wyższy, bo uchodzący niżej jakby w fosę. Jak powstał — nie wiem; o okopach w tej stronie miasta nikt nie wspominał. Dzielił ogród na dwie części — wyższą, bardzo słoneczną, gdzie i kwiatów moc i dość piękne były klomby delikatniejszych krzewów i śród skąpanych w słońcu trawników cenniejsze drzew a owocowe, wzdłuż parkanów maliny troskliwie wypielęgnowane a przy w ale porzeczki