Strona:Respha.pdf/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i agrest w dobrze utrzymanych rzędach — i dolną, ocienioną więcej i chłodniejszą — tu warzywa i królestwo śliwek i jabłonek; w kąciku, znów słoneczną mającym wystawę, szparagarnia, a wzdłuż tylnego parkanu szereg starych grabów. Miał urocze zakątki. Na górce przepyszne bzy i jaśminy utworzyły naturalną altanę, odurzająco wonną w czasie kwitnienia; w gęstwinę ich weszło tylko jedno drzewo duże — lipa (dwie ich tylko było w całym ogródku); na zboczu rósł jesion i pięły się gąszcze berberysu.
Ponieważ obcowanie moje z roślinami poczęło się odrazu na tle uczuciowem — w poszukiwaniu przyjaciół, powierników, przedmiotu ukochania, więc odrazu też narzuciły mi się ich cechy osobnicze. Widziałem przed sobą nie gatunek, lecz indywidua wyraźnie odrębne. Stąd kwiaty dla swej mnogości, małego zindywidualizowania i krótkotrwałego zresztą istnienia nie tyle zajęcia we mnie budziły; lubiłem je — zwłaszcza fijołki i narcyze, ale inaczej, niż krzewy nie w skupieniu rosnące i — przedewszystkiem drzewa, które w małej ich liczbie uderzyły mnie obfitością cech osobniczych. Tu już każda gruszka była inną; każda cżereśnia inną; lipa rosnąca na górce miała w oczach moich więcej różnic niż wspólnych cech z lipą w pobliżu domu, dlatego że widziałem w drzewie każdą jego zmarszczkę,