Strona:Respha.pdf/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciemność z urojonemi strachami, niż żywych ludzi. Gdy wizyta się przeciągała bywałem głodny; siostra umiała mnie czasem odnaleźć i przynosiła mi do mego schowanka coś do zjedzenia. Nie jadłem dopóki „tamci“ sobie nie poszli; wtedy wracał mi apetyt i spadał jakiś ciężar z piersi.
Ale bywało i tak, że schowany między szafami lub pod stołem i upewniony co do swej nietykalności poczynałem przysłuchiwać się rozmowie, opowiadaniom, śmiechom dorosłych lub przyglądać zabawie kolegów i koleżanek mego starszego rodzeństwa. I jakoś zapominałem o swojem wystraszonem ja i żyłem za sobą, zawieszając się na czyichś ustach, przelewając się w czyjś śmiech, ruchy, gesty. Zamykałem oczy i mówiłem sobie, jakie to dziwne, że ja jestem i tu i tam. Czasem brała mnie chęć opuszczenia swego kąta i wmieszania się do toczącej się przedemną akcji, ale paraliżowała mnie nieśmiałość i wstyd fałszywy. Jak to wszystko odbiło się później w mojej kontemplacyjności, niemocy czynu, niezdolności do wzięcia udziału w akcji i wprowadzenia jej do swoich utworów!
Takie usposobienie w dzieciństwia miało dla mnie wielorakie następstwa. Ponieważ nie obcą mi była tkliwość — owszem, sądzę, że był jej nadmiar lecz utrudnione drogi wyładowania — więc gdy