Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Ojczulek:
Więc imię twe na liście nie wystarcza, by sprawić ci radość?
(wchodzi Madhav.)
Madhav:
Mówiłem, prosiłem, nic nie pomagało! Jaka przykrość! Jakie nieszczęście! Pocóż rozpowiadacie kłamstwa? Przecie król nie kazał wystawić poczty, by móc nam listy przysyłać! Pomyślcie! Wójt doniósł królowi —
Ojczulek:
Dziwisz się, że wszystko uszu Pańskich dochodzi?
Madhav:
Więc miejcie się na baczności! Nie wzywajcie świętego imienia nadaremno! Nie ściągajcie strasznego gniewu na nasz dom.
Amal:
Powiedz, fakirze, czy król pogniewa się na nas?
Ojczulek:
Ale gdzież tam! Na takie dziecko, jak ty? Na takiego fakira, jak ja? Nie potrafiłby nawet czoła zmarszczyć i brwi nasrożyć.
Amal:
Dlatego pewnie pokój staje się śpiewającym snem. Ale czemu tak ciemno dokoła? — A jeśli nagle w mgłę się roztopię i zniknę?
Ojczulek:
(rzeźwiąc wachlarzem Amala:
Wnet przyjdzie list królewski! Amal! Nie odchodź jeszcze!
(Wchodzi lekarz.)