Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Amal:
Fakirze, wujaszek poszedł! Powiedz mi szybko, czy król napisał list do mnie?
Ojczulek:
Podobno list królewski jest w drodze do ciebie.
Amal:
W drodze? Gdzież się znajduje? Czy na gościńcu wijącym się jak wąż? Może w lesie dalekim, który można dojrzeć, kiedy po deszczu niebo jaśnieje?
Ojczulek:
Tak, tam teraz znajduje się twój list. Skąd znasz jego koleje?
Amal:
Wiem o każdej ścieżce, którą do mnie zdąża.
Ojczulek:
Naprawdę? Jak to się dzieje?
Amal:
Wydaje mi się, żem już to wszystko widział. Bardzo, bardzo dawno. Pamiętasz, kiedy to było? Posłaniec królewski schodzi powoli ze stoku góry, w lewej ręce trzyma latarnię, na plecach nosi torbę z listami. Pomalutko, długo schodzi tak w dół. Tam, gdzie wodospad w strumień się zmienia, wstępuje na ścieżkę nadbrzeżną i coraz dalej idzie przez jęczmienny zagon. Znikł! Skryły go pręty trzciny cukrowej. Kołysze się na wąziutkiej kładce. Jest już na łące, przystanął. Słucha, jak świersz cyka. Rozgląda się, patrzy na bekasy, dziobem tkwiące w bagnie. Ani jednego nie spotkał człowieka. Więc coraz bardziej zbliża się do mnie. Tak mi serce bije!
Ojczulek:
Niemłode me oczy, a też to wszystko widzą.