Strona:Przybłęda Boży.djvu/381

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


może być wyciągnięty z takiego życia. Rachunek takich czynów mógł tylko taką zabłysnąć sumą końcowego rezultatu. Humor? Dowcip? Kipiąca wesołość? — Jak można mówić o dowcipie — zbawienia? O humorze wiecznej szczęśliwości? O wesołości nieśmiertelnych duchów??
Na dwa takty ścisnęło się tempo w cichej reminiscencji przebrzmiałego zapytania — i oto wyśpiesza się w świetle słońc wszystkich przywiany jakiś poblask rytmu w ledwie trącanych strunach — dwa „p“ — trzy „p“ — sznur nieskończony ściszających „p“ — — — krótkie, utwierdzające fortissimo! — cisza, a na tej ciszy fermata, wielka Fermata. trwająca już lat sto, z nieśmiertelnym znakiem na czole.

Tak zamknęła się jasno wrótnia nieludzkiego dzieła wpisaniem ostatniego słowa w Księgę Żywota. Działo się to w wiejskim dworze brata, czyli w atmosferze najmniej przyjaznej. Z tego pobytu jest jeszcze fragment rozpoczętego Kwintetu smyczkowego w c-dur, który wydał później Diabelli jako „Ostatnią myśl muzyczną Ludwika van Beethovena“.
Z pewnością nie byłby pojechał, gdyby nie rekonwalescencja Karola i gdyby nie uporczywa złuda, że w sercu brała tkwią jednak jakieś iskierki bezinteresownej miłości. Nadzieja ta miała prysnąć po kilku dniach pobytu w Wasserhof, kiedy Jan, bogacz i magnat wobec ubóstwa muzyka, zażądał od brata... zapłaty pieniężnej za wikt i mieszkanie! Obecność bratowej działała na Beethovena boleśnie. Okazało się raz jeszcze, że braterstwo niezawsze jest braterstwem. Gospodarze traktowali go nietylko bez serca, lecz z najwyższą niegościnnością: wyznaczono mu najgorszy pokój, schorowanemu podawano bez żadnego za-