Strona:Przybłęda Boży.djvu/352

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozpasana owacja nie miała końca. Grzmiał nią teatr przepełniony, grzmiała Austrja, grzmiała Europa. Tylko do niego nie dochodził z tego żaden dźwięk. Mszę Solenną stworzył — i miałby słyszeć trzask bijących rąk? Pieśń Radości wygrzmiał — i krzyki tych tam miałby zauważyć? Był czas, kiedy go to wzmocnić mogło i cieszyć. Ale on oto wyszedł z domu i już nie wróci.
Patrzył na to kotłowisko, nieruchomy, w twarzy jego niewiadomo co należało czytać: zdziwienie? lęk? nieprzytomność? zachwycenie? gniew? czy wniebowzięcie?
Aż pooraną gęstwę oblicza musnął krótki odblask jakiegoś nieziemskiego uśmiechu, którego nikt nie widział.
— Ach prawda, prawda... przecież wy tego... wiedzieć nie możecie...; zapomniałem... wy słyszycie... tylko takiem zwykłem... biednem uchem... takiem uchem do wszystkiego... no tak, tak...

Pierwsze wykonanie Symfonji Radości połączone było z mizernym wynikiem finansowym; koszty koncertu były tak znaczne, że zysk zmalał do sumy czterystu guldenów. Powtórzenie programu po dwóch tygodniach nawet nie zapełniło teatru i przyniosło deficyt, którego jednak autor nie odczuł, ponieważ kasa wypłaciła mu zgóry ustalone honorarium. Z trudem udało się przyjaciołom powstrzymać Beethovena od zrzeczenia się tego honorarjum na rzecz poszkodowanej dyrekcji.
Krytyka wobec nowego dzieła zajęła front zdecydowanie wrogi. Zacytujmy jedno tylko zdanie fachowe, opinję muzyka Ludwika Spohra, to szczere i druzgoczące memento dla dyplomowanej krytyki wszech czasów: