Strona:Przybłęda Boży.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie sięga nic. Aby kruszyny nie uronić. Aby daną mi pracę zamknąć. Na wszystkie wieki ludziom przyszłym zawarłem drogę do mego tworu przez zmysł. Zatarasowałem. Przez ucho tam wejścia niema. Nigdy nie będzie.
Odzmysłowiłem muzykę moją podwakroć: dla świata — i — co — więcej — dla mego ducha i ostatnich jego słów.`
Tam próba kończyła się bez niego, tam nazajutrz przepełniony teatr w uroczystym nastroju oklaskiwał „Fidelia“, zmuszał do bisowania uwertury, kanonu w pierwszym i wielkiego duetu w drugim akcie, wreszcie w głośnym aplauzie wołał autora.
Autora nie było. Autor był jak dziecko. Autor siedział w domu i twarz w wielkich dłoniach ciężko położył na klawjaturze Broadwooda, która mu nawet nie rzuciła oddźwięku.
On już do teatru nie pójdzie. On kroczy po morzu. On rzeźbi bez gliny i bez rąk. On barwy ciska bez farby. On słowo sieje bez mowy.

Zupełne odwrócenie się od czynnego udziału w życiu sprowadziło jednak w latach pisania Mszy nowe trudności. Gospodarza strona codziennego życia wygląda w tych latach bardzo smętnie: w kasie i w mieszkaniu, w garderobie i kuchni zaniedbanie straszne. Pewnego dnia, trapiony troskami i cierpieniami fizycznemi, decyduje się po ciężkim namyśle na krok, którego chciał uniknąć za wszelką cenę: sprzedaje ze ściśniętem sercem jedną z pięciu akcyj bankowych, które przechowywał w biurku jako nienaruszalne dziedzictwo bratanka.
Było to w okresie kiedy cała masa Symfonji Dziewiątej wychylała się już z odmętów. Beethoven przystępował do niej z dreszczem, jaki czuje ktoś, co ma