Strona:Przybłęda Boży.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do paru tysięcy guldenów. Ale o zwrocie nie było mowy; panią Karolową nic nie obchodziły biedy muzyka. Dług trzeba było dopiero wyskarżyć w sądach. Grzebanie w tych okropnych interesach jest rozpaczliwe.
Józef Varena donosi z Gracu, że pewien majętny obywatel pragnie wynagrodzić Beethovenowi jego wydatną ofiarność na rzecz instytucyj dobroczynnych. Beethoven odpisuje, że w normalnem położeniu odpowiedziałby: nie biorę nigdy nic, gdy chodzi o dobro ludzkości. Lecz teraz, także przez dobroczynność swoją wpędzony w biedę, mówi otwarcie, że nie odrzuci takiej pomocy „bogatego trzeciego“. Ale jeśli jej nie będzie, „proszę wierzyć, że i teraz bez najmniejszego wynagrodzenia równie skłonny będę — dobroć okazywać cierpiącej ludzkości, póki tchu starczy“...
Pani Nanette Streicher opowiada o materjalnych brakach Beethovena w tych czasach. Zmeskall patrzy na nie zbliska. Przyjaciele starają się pomagać, lecz sami walczą z ciężarami wojennych czasów. Pożyczył mu kiedyś pięćdziesiąt dukatów mechanik, wynalazca i kombinator Mälzel; skonstruował nawet tubę słuchową, która miała służyć Beethovenowi. Stosunki z Mälzlem stają się nieco bliższe. Jest to człowiek wiecznie ruchliwy, spryciarz pełen pomysłów, codziennie przychodzący z nowemi planami. Zbudował metronom, wynalazł szereg aparatów muzycznych, które grają automatycznie, głośno i wesoło. Bardzo się podoba w sferach mieszczańskich, na wystawach i kiermaszach, taki pstry trębacz drewniany, który po nakręceniu korby trąbi marsza bez wielkich fałszów. Zachwyt jawny budzi natomiast niemała maszyna, imitująca pełną kapelę wojskową: nazywa się panharmonikon. Jaki piękny sposób popularyzowania muzyki — ktożby przeczył?