Strona:Przybłęda Boży.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ście aż kłuje w piersi. Głośne, równe uderzenia krwi tętnią w skroniach. Są radości, które bolą, jak owe zmniejszone akordy septymowe. Wpierają się w nie jasne uśmiechy, podloty serca rozsadzonego szczęśliwością. Pod koniec lekkie osłabnięcie, zwolnienie pulsu i świtające uświadomienie, zalane nagłą falą ekstazy, krzyku wyzwalającego, przyśpieszonych rytmów, których szyki mieszają się w naporze synkop i kończą błogiem wołaniem z całej piersi!
Nie można uwierzyć, że Sonata Pożegnalna opiewa rozłąkę z książęcym uczniem i przyjacielem i sławi jego właśnie powrót. Dla arcyksięcia Rudolfa żywił szacunek i afekt szczególny, choć nieraz odczuwał przykro kajdany etykiety w obcowaniu z nim, choć wogóle nie lubił dworu i był fanatycznym demokratą. „Niema nic mniejszego niż nasi wielcy, lecz wyłączam tu arcyksiążąt“. Ale Sonata es-dur nie może tyczyć się jednego królewicza. Zbyt jest spowiednicza i zbyt uczuciowa. To jest jeszcze jeden wyraz tęsknoty za duszą kobiety. Nie znalazł jej dotąd, a czuł, że była, czekająca. Znał ją. W tajnych życzeniach utworzył ją całą. Przyzywał do siebie i żył wiedzą o niej. I w Sonacie dwudziestej szóstej rzucił obraz czekania i przeczucie jej przyjścia.