Strona:Przybłęda Boży.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


najął ekstrapocztę i wrócił do stolicy, gdzie wzburzenie jego, skoro znalazł się w swojem mieszkaniu, doraźnie wyładowało się w fakcie własnoręcznego stłuczenia popiersia książęcego mecenasa.
Przedtem wszakże taki list skreślił do Lichnowskiego:
„Książę! Czem jesteś, przez traf jesteś i urodzenie, czem ja jestem, tem jestem przez siebie. Książąt były i będą jeszcze tysiące, Beethoven jest jeden tylko...“
Naskutek wędrówki w oną słotną noc październikową słuch Beethovena pogorszył się znacznie.

W chwilach, kiedy ponosiła go cicha, głucha tęsknota za powrotem przebrzmiałej miłości, sztuka wznosiła jego wyobraźnię w iluzyjne sfery błogiego uszczęśliwienia. Od lat pacholęcych ta tęsknota marzeniem przepełniała serce. Od wybicia godziny uświadomionej dojrzałości szła u boku, rosnąca, uporczywa, nieprzejednana i słodka. A gdy się jej przyjrzeć zbliska, wprost, bezwzględnie — wówczas ukazuje się wstydliwa, tak wyraźnie rozkoszna, że nagle się człowiek obejrzy z lękiem, czy kto nie widział. Giulietta była, tylko nie miał być Romeo. Ale czy to była miłość, tamto? Och, była! Taka już powtórzyć się nie może, bo powrotów niemasz w krainie uczucia. Odrodzenie tylko może być, przemiana wzwyż. I o taką przemianę krzyczę zaciśniętemi wargami...
To nie jest wołający bóg krwi. Melancholja nieśmiała, roziskrzone w tę wszechwiedną ciemność oczy, ból okropny gdzieś w piersi — i głowa cała chyląca się pod obcą, daleką pieszczotę.
To jest niekiedy ów straszny lęk samotności, w obliczu tego, co się w sobie nosi: sam na sam z tą stra-