Strona:Przybłęda Boży.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz teraz stało się coś nieoczekiwanego. W chwili, gdy wszystkich opuściła nadzieja, gdy placówka zdawała się stracona niepowrotnie, przez wątłą i smukłą postać księżnej Lichnowskiej przebiegł dreszcz niesamowitej iskry. Zachwiała się niepewnie, pochyliła, ręce ku niemu wyciągnęła gestem tonącego i nagle wzdłuż jego postaci, ślizgając się białemi dłońmi, osunęła się i cała przed jego majestatem padła na kolana. Ręce objęły kolana stojącego, blade lica, uwieńczone pożarem brylantów, skośnie wgórę pochylone rzucały słowa poprzez straszną ciszę zmartwiałej sali:
— Beethoven! Nie — tak nie może zginąć pańskie dzieło największe — tak nie może pan ginąć sam! Tego nie chce Bóg, który złożył w twej duszy dźwięki najczystszego piękna — tego nie chce duch twojej matki, co teraz, w tej chwili, przeze mnie błaga pana, upomina — — Beethoven! Tak być musi! Ustąp! Uczyń to, na pamięć swojej matki! Uczyń dla mnie, dla swej jedynej, najwierniejszej przyjaciółki!
Nikt nie drgnął. Nikt się nie dziwił scenie na książęcych salonach. Czas wstrzymał się na przestrzeni tych sekund. Głowa stercząca jak w chmurze, wysoko nad białą plamą klęczącej w klejnotach, bladej jak anioł w zachwyceniu. Ciężkie skłębienie zwarło się między oczami. Ręka zwolna podniosła się do czoła i sennym ruchem odgarnęła z twarzy długie kosmyki włosów. Potem w nagłym geście powstrzymywania łez szarpnie się głowa ku górze i z głębin piersi dobędzie głosu całkiem połamanego:
— Ja — ja wszystko — wszystko zrobię; dla pani — dla matki mojej...
I klęczącą błagalnie panią z czcią podnosi z posadzki i księciu dłoń podaje w niemem przyrzeczeniu.
Zgęszczenie wielkiej chwili przytłoczyło serca wszystkich obecnych. Zawarły się usta, bo czuli, że była w tem decyzja przesądzająca przyszłość „Fidelia“.