Strona:Przybłęda Boży.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiedzą, o co jest walka. O to, by przez skreślenie mniej istotnych dłużyzn uwypuklić i w pełnem świetle postawić jądro dzieła, zagubione w szczegółach i nieszczęśnie rozwodnione. Gdy ktoś wspomniał o skrótach w ekspozycji, o wynikającem stąd koniecznem zlaniu dwóch pierwszych aktów w jeden, autor poczerwieniał, krzyknął:
— Ani jednej nuty!
I rzucił się na swoją partyturę.
Wtem księżna chude palce długich, alabastrowych rąk na wielkim tomie nut spokojnie skrzyżowała jakby w obronie przed rabunkiem. Jakby tę świętość osłaniając przed złym wiatrem. Jak w słodkim geście zwycięstwa idącego z własnej świadomości. Jak w modlitwie. A oczy jej, bezsłownie, z nieopisaną miękkością zatamowały mu drogę do partytury.
On stanął, na wzrok jej natknąwszy się, ręce zwolna opuścił bezwładne, zboczył i bez woli usiadł na dawnym fotelu.
Księżna dała znak i rozpoczęła wstęp do wielkiej arji Florestana.
Minęła czwarta godzina zebrania, minęła północ, zanim ukończono całość. Księżna podeszła do twórcy, który miał minę, jakby na wszystkiem był postawił kropkę:
— A przerobienie? A skróty?
Patrzyła mu w twarz serdeczną prośbą.
Odpowiedział ciemno:
— Proszę tego nie żądać. Ni jednej nuty nie może zabraknąć.
— Beethoven! — zawołała księżna z bólem, biorąc go za rękę — więc wielkie dzieło pańskie ma nadal być lżone i zapoznane?
— Dość nagrodzone jest pani uznaniem, dostojna księżno — odrzekł cicho, drżącą dłoń uwalniając z jej dłoni prześwietlonej.