Strona:Przybłęda Boży.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdy imię dawno odeszło, gdy imię już (tym razem: szczęśliwie) zapomniane, przepomniane, — tamto wszystko, z czem sobie pono rady dać nie możesz, bo wymaga, aby je ogarnąć, gestu niewiele mniej trudnego niż tamten gest wówczas, gdy się rodziło i rosło. I, pomyśl, to wcale jeszcze nie będzie koniec, tu się dopiero zacznie wszystko, tu się dopiero powoli, powoli zaczniesz — ty.
Tu się nawiąże dziwny proces. Wszystko, z czem borykałeś się od lat, każde ściśnienie twego biednego serca, którego opisać nie mogłeś, każdą niewyjaśnioną ciężkość, wszystkie w pustkę z zaciśniętych warg ciskane pytania, i to najzupełniej wszystko, co nie może być ani rzeźbione, ani pisane ani wymówione (nawet nie w obliczu najbliższej twarzy przyjaciela) — to wszystko tu znajdujesz w niemożliwem natłoczeniu, w przerażającej, elementarnej naiwności. Formy się przemieniły: twoje pytania są w tejże treści, ale rozsłonione w jasny kielich odpowiedzi; ciężkość jest ciężka, ale już jej zbyć nie będziesz mógł ni chciał (przywarła i jest tobą). I widzisz, że oto wszystko jest wypowiedziane, jest rzeźbione i tkane i na piśmie wykute jak tablice przykazań. I nic nie jest marnością nad marnościami — i marności niema żadnej. A to wszystko, tę odrobinę najważniejszego masz już na własność, boś tamto spotkał za nagłym narożnikiem i wziąłeś w siebie treść jednej bodaj Symfonji.

A cóż dopiero dzieje się w tamtym, w tym jednym, przez którego to przeszło, zanim w pierwszy kształt stężało na otwartem, łakomem powietrzu. Rozedrgane włókna wciąż są jeszcze naokół czujne, macki nerwowe nastroszone na wszystkie strony. Wszystko wzburzone i do dna jeszcze kipiące, jak