Strona:Przybłęda Boży.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nic innego, i tak grać, jak chcą. Widok białych, od góry czarno, regularnie nakrapianych klawiszów, czekających i życzliwych, rozgrzewa. Trzy dysonansowe akordy pomagają jeszcze lepiej. Już.
Adagio cichą sekstą rozpoczyna pieśń poważną prawie jak chorał. Niby westchnienia zadumanego żywiołu falują i scichają korne poszepty i zaraz rozpływają się w kołysaniu miarowych, wolnych, miękkich rytmów mollowych, a melodję przerzuciły w bas i tam ona ciągnie dalej, inna, męska i prosta jak jasny tenor wiolonczeli. Potem porasta w dumę, śmielej sięga w górne tony, a miarowe rytmy akompanjamentu na wyższe szczeble wiolinu chować się muszą z szacunkiem, aż ona w nagłem crescendo osadza się z mocą w głębszych basach, w potężnej blasze orkiestry-fortepianu, wydyma się, gdyby ciemny na wietrze żagiel, ciężko dysząc kuli się w ostatniem przycichnięciu i promiennie wpływa w cichą sekstę początkowego chorału. Pieśń płynie powrotna, ta sama, wkońcu ginie w silnem, obniżonem, urywanem powtórzeniu własnego motywu — i wraca znów miarowość fal mollowych, przeinaczonych.
Wtem cisza sklepiona w wielkim łuku nad żyrandolami zmieszała szyki zupełnie. Tłum bardzo czułych uszu, zasłuchanych, spokorniałych w słuchaniu, działa jak ciężki, upojny trunek. Z świec płonących spokojnie tworzą się zygzaki, w rosnącem tempie wirujące. Pierś nabiera potężnie tchu w płuca, jak olbrzymi organowy miech, i niepomna gotowej a niewygranej jeszcze do końca kompozycji, daje znak palcom. Rozbiegły się młode, nieokiełznane, niepodkute, po szerokich polach z dzikiem rżeniem skradzionej swobody... Przez chwilę wzrok prosto przed siebie utkwiony widzi, jak się pod ścianą kilka strojnych głów powoli nachyliło ku fortepianowi. Mroczniej