Strona:Poezye oryginalne i tłomaczone.djvu/119

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Chcesz wstąpić, lutni; bylić-by tu radzi,
    Bo się i sam pan z Muzami nie wadzi
    I sam wiersz pisze, i moje Kameny
    Doszły u niego niezwyczajnéj ceny;
    Ale się ty śpiesz w naznaczoną stronę
    I w samo miasto przepraw się przez bronę.
    Ale stój! Widzisz te rosłe marmury,
    Ten słup chęcińskiéj znaczną dziurę góry,
    Ten napis i ten posąg, nieczłowieczem
    Wzrostem monarchy, stąd z krzyżem, stąd z mieczem?
    Syn-to trzeciemu wielki Zygmuntowi
    Wystawił, sprzeczny chlubnemu Rzymowi,
    A sam swym dziełom, na które się wścieka
    Zazdrość, pamiątki jeszcze dotąd czeka.
    Przyszedszy w miasto, nie wstępujże w prawo;
    Sejmy tam łamią, przerabiają prawo,
    Rzadko tu dobry stróż, że prawdę rzekę;
    Ukręcą-ć kołki i potłuką dekę
    I swar poselskiéj zagłuszy cię izby.
    Nie przeciśniesz się przez panięce ciżby;
    Snadź i niemieckie piki partezany
    Między królewskie nie puszczą cię ściany.
    Ani się w lewo na Piwną ulicę
    Udawaj; twój a rzecz chwalić winnice,
    Prócz żebyś chciała o jednéjże strawie
    Nawiedzić kościół najstarszy w Warszawie,
    Gdzie święty żołnierz, żeby nie zmarzł goły
    Żebrak, płaszczem się podziela na poły.
    Ale idź prosto, gdzie Ewangielisty
    Kościół i drużby jego, który czysty
    Chrzest na świat przyniósł. Tu jak u swéj fary
    Król w święta słucha najświętszéj ofiary.
    I podłe zaraz, jakoby przyszyci,
    Ojcowie mają konwikt Jezuici.
    Mijać precz; takich nie przyjmą tu gości,
    Choć polityki pełni i ludzkości,
    Ale swawolą zawsze rózgą straszą
    I wiersze w księgach bezpieczne wałaszą.
    Stamtąd w rynkowym już staniesz obwodzie
    I Marszałkowskiéj spytaj o gospodzie[1],

    1. Rk. Oss. O Marszałkowskiéj spytasz się gospodzie.