Strona:Poezye oryginalne i tłomaczone.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

A teraz w Polsce, w domu szwankujecie
I przepłynąwszy, u brzegu toniecie.
Widzę, że trudna wtenczas bywa rada,
Gdy w domu złodziej, ogień u sąsiada;
A im się kto mniej spodziewa i strzeże,
Tym bliżéj szwanku i kajdan i wieże.
I wy chcecie-li wyjść bez znacznej szkody,
Strzeżcie się, radzę, domowéj urody;
Niewczas przestrzegam, boście wy łakome
I już w was widzę promienie kryjome:
Już w słup idziecie, i jawnie to czuję,
Że was napróżno gdzieindziej kieruję.
Ożyliście twardą zoczyli Gorgone,
Że się nie dacie odwieść w inszą stronę?
Czyli już wiecie, że już chęć i myśli
I serce służby odmieniać nie myśli?
Więc się nie dzielmy, bo-ć hołdować musi
Chęć, myśl i serce, więc i wy Bogusi.



67. Pieszczoty.


 
Ta, w której ręku żywot mój i zdrowie,
Pieści się ze mną i dzieckiem mię zowie;
Ale kiedy chcę, jak małe dzieciny,
Trochę bezpieczniej poigrać bez winy,
Ostro się stawia, na śmiałość narzeka,
I ust i piersi dziecięciu umyka.
Dotkni jej Wenus zwyciężnym orężem,
Wnet mię nie dzieckiem pozna, ale mężem.



68. Pewna broń.


Zdybawszy Jaga w śpiączki Kupidyna:
„Już mi nie będzie straszna ta dziecina“,
Rzecze; a wtym mu strzałeczki ukradła;
A on ocknąwszy, że go broń odpadła,
Płakał. Ale go matka tak tuliła:
„Wróci się zguba; Jagusia to skryła;
A ona nie dba o strzał twych rabunek:
Oczy, twarz, usta, to jest jéj rynsztunek“.