Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Młodzieniec w zgrozie słucha tych wyroków
I jeszcze błaga — i jeszcze zaklina.
Ale napróżno: nieprzejrzanych mroków
Ducha dziewicy nadeszła godzina.
Wonczas pustelnik, który widział wszystko,
Opuszcza swoje zacisze samotne —
I trzykroć Brahmy wymówił nazwisko,
I trzykroć rzecze słowo bezpowrotne:

Przeklęta, przeklęta, przeklęta!

O, gdybyś cofnął słowa swe, brahminie!
Bo oto pełźnie jadowita żmija:
Z zielonej trawy do królewny płynie,
Zatrutym zębem w jej ciało się wpija.
Pada dziewica — półmartwa, półżywa
I tak w godzinę śmierci się odzywa:

Biada mi! Śmierć mię porywa w objęcia,
Ukryta w zębie jadowitej żmii.
Umieram. Ratuj, ratuj mię, czandalo!
O, jaka straszna klątwa pustelnika.
Ratuj, czandalo! Ratuj mię, kochanku,
Bom ja kochała cię, Sudro wyklęty.
Kochałam ciebie, i dziś i w przeszłości,
Kochałam ciebie na jawie i we śnie.
Lecz żal mi było królewskiej korony,
A przeto ginę za najwyższą zbrodnię.
Umieram — przebacz!