Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz duszę miał czującą i wzrok jak ostrowidz
I jędrnych słów na gładkość cukrzoną nie wytarł.
Lub dziwną stworzyć mowę: ni to wiersz ni proza —
I aby w tajemniczych prozy tej orkiestrach
Płynęła przeczuciowa mgieł mistycznych groza
I drgał podziw i zapał, śmiech i płacz i przestrach.
Biały wiersz — cud nad cudy — lampa czarodziejska,
Heksametr, z ilionowych wzięty wykopalisk,
Jak pantera, wygięta w skok — strofa alcejska:
Oto, co dziś mnie nęci, niby wzrok odalisk.


VII

A ty, wieszczu, nim przyjdzie dni twoich odwieczerz,
W górę płyń, jako czujny ideału żniwiarz —
I waż, czyli wyroczne słowa swe wyrzeczesz —
I czy nakazem bożym wolę swą ożywiasz.

A kiedy się zabłąkasz śród życiowych bezdróż —
Pogardę miej dla chwały, dla śmiechów i zniewag —
I z żadną tu na dole nicością się nie zdruż —
Spokojny, jako z siebie świat rodzący śpiewak!