Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


...Szalony wicher dziko dmie śród oceanu fal,
Wyklęty okręt żagle swe w nieznaną niesie dal.
I w błyskawicach — gromach — mgłach — w ulewie deszczu rzek —
Niesie go wir pod Senty dach — na skandynawski brzeg.
Na brzeg norweski niesie go — wir morza głębi wzdętéj,
O, płyń z Przeznaczeń swoich mgłą, żeglarzu ty wyklęty!
Drży Senta — w piersi mrze jej dech. Jak dziwny burzy gniew!
Jaki tam gromów jęk i śmiech! jakich nadziei śpiew!
Tułaczu, ku mnie fale pruj, o spiesz do mego łona —
Jak nieskończonym duch jest twój, — pierś moja nieskończona!
O potępieńcze, do mnie spiesz — niech spełni się twój los,
Usłyszał, Sento! ciesz się, ciesz, usłyszał on twój głos.
Patrz, Sento, patrz, w przystani tam jakiż to okręt stoi!
O, jest dlań zorza, mówię wam! to żeglarz pieśni twojej.
Czerwone żagle ma i w kir żałobny maszty strojne —
Rzucony wiecznie w morski wir, sam z sobą toczy wojnę.
I słyszy Senta wrzawny gwar — w przystani — u swych wrót —
W jej oczach mrok, w jej sercu żar, bo oto stał się cud:
Nim straż zagrzmiała w turzy róg, o gościach śpiewający, —
W tęsknocie kląkł u Senty nóg — holender latający!

1896.