Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I łzy ich płyną takie gorzkosłone
Jak ból w boleściach rodzącej niewiasty,
I społeczności chwieją się wzburzone
Tem rozdwojeniem piersi swej na kasty,
Co wzajem chcą wewnętrzne wykorzenić chwasty.

Tak mi społeczność zdała się ogromną
Duszą, co płacze nad sobą boleśnie —
I ma harmonii tęsknotę niezłomną
I słyszy w sobie serafickie pieśnie.
Ale, że wieków ją stoczyły pleśnie,
Więc oto krwawą pogląda źrenicą
W sumienia swego pomroki i cieśnie,
Czasem półsenną kołując mgławicą,
A czasami gorejąc krwawą błyskawicą.

Jak cenobita stanęła społeczność
U stóp czterdziestowiekowych piramid —
I na podwójną rozdarła się sprzeczność:
Jedną odziała w kwiaty i aksamit,
A druga była naga, jako Khamit,
Co nosił cegły na jej obeliski
I pierś jej była palna jak dynamit
I sama siebie krwawymi uściski
Jęła dręczyć — i żarzyć w sobie ogniotryski!

I miała swoje samouwielbienia
Dni, gdy mówiła: Jać najlepsza jestem
Ze wszystkich światów ludzkiego plemienia
I nietykalnym jest ma pierś azbestem.
Aż oto naraz wybuchła protestem