Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przeciwko sobie: Jam widmo piekielne,
W którem duch ludzki, drżący cierpień chrzestem,
Napróżno bije w one wrota szczelne,
Za któremi jutrzenki złocą się weselne.

I miała swoje samobójcze żądze —
I chciała palić się w ogniu piorunów,
By własnych piekieł rozsadzić wrzeciądze —
I, jako wiedźma w koszuli z całunów,
Przywoływała jakichś nowych hunnów,
By wszystką zieleń zdeptały ich konie
I by z pod kopyt tych dzikich tabunów
Huknęły prochy, które są w jej łonie
I by z życiem zniknęły i życia agonje.

I miała swoje rozrzewnień godziny,
Gdy prometejską płakała rozpaczą —
I jednem ciepłem swoje wszystkie syny
Wraz chciała ogrzać. Ach, czy jej przebaczą
Ci, co dni swoje łzą i potem znaczą?
Czy jej przebaczą te biedne monady,
Co jej istotę swą boleścią paczą?
I były w myślach jej straszne bezłady
I czuła w swojej piersi jadowite gady!

I miała swoje wysileń godziny,
Gdy się zjednoczyć chciała w świat słoneczny
I z piersi wszystkie wypalić gadziny
I rzucić ludom jakiś hymn serdeczny,
W akordy splątać wszelki okrzyk sprzeczny
I płynąc jasno w niebo rozanieleń,