Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kołysz mi się, kołysz, kołyseczko z łyka:
Niech cię Bóg uchroni mocy płanetnika.
Kołysz mi się, kołysz, mój syneczku mały,
Oby cię boginki w chmury nie porwały.
Jaskółeczko chyża, jaskółeczko mała,
Gdzieżeś ty Jasiową matulę widziała?
Oj, widziałam ci ją na pszenicznym szlaku,
Kwiateczki zbierała bławatów i maku.
Zbierała na polu kwiatki malowane,
W wieńce je wiązała, wieńce zamawiane.
Wiązała je w wieńce dla swego dziecięcia
Nad kołyską Jasia, czyniła zaklęcia.
Kołysz mi się, kołysz, kołyseczko z łyka,
Niechaj Bóg cię chroni, mocy płanetnika.
Zamawiała matka, kumy zamawiały:
Nie zbawiły dziecka, na złe urósł mały.
Świecą gwiazdy, świecą z nieba wysokiego.
Lecą gwiazdy, lecą z progu niebieskiego.
Zleciała, zniknęła gwiazdeczka maleńka.
Oj, to gwiazdka szczęścia małego Jasieńka.
Poszedł ci on, poszedł, lecz go nocka zaszła,
Doli mu nie stało, gwiazdka mu zagasła.
*     *     *
Aż wśród boru głębokiego,
Pośród lasu dębowego,
Za górami, za morzami,
Na wyraju, na poraju,
Niżej tuczy, wyżej drzewa,
Jakiś oman się rozwiewa...
Wyszła, wyszła niespodzianie,
Mgłą powionie, tęczą stanie,