Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W LESIE.

     

I.

Najbardziej las ja lubię o tej porze złudnej,
Co nie jest dniem, a nie jest jeszcze i wieczorem,
Bo gdy wówczas żywicą wonnym idziesz horem,
Kościół sosen tysiącem duchów ci jest ludny.

Mrok zwolna na swej szarej spływa pajęczynie —
W wilgotnych mgły wyziewach giną form kontury;
W czarno-złotem półświetle szepczą elfów chóry —
I błądzisz niby w własnej fantazyi krainie.

Naraz biegnie Artemis z swą psiarnią łowiecką.
Biada ci, Akteonie! Tyś ranny zdradziecko,
I wnet znika ci z oczu straszliwa dziewica —

Bieży w głąb, gdzie ją kryje hebanowa ściana,
Za którą otchłań zmroku czerni się nieznana...
Milczenie... Wnet na niebie błyśnie sierp księżyca...