Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


II.


(Ulatują w wyżyny).


Art. Dokąd lecim? Czy to już?
God. Wyżej — wyżej... W przestrzeń — w bezmiary — w nieskończoność... Płyniemy do tego punktu, skąd widać Przeszłość. Płyniemy po tych śladach, któremi Ziemia niegdyś krążyła: ujrzysz tam uwiecznione w eterze, jabby[1] na nieśmiertelność odtworzone dzieje planety, i gdyby jakie oko człowiecze dojrzeć je mogło — to żaden duch nie uwierzyłby w śmierć i nicestwo.
Art. O, znam je, znam! Nieraz, gdy ulatywałam nad księżyc, widziałam na gwiazdach wiekuistemi farbami wymalowane cierpienia ludzkości. Im więcej spływałam, tem bliższe dostrzegałam czasy... Lećmy...
God. W górę — w górę!
Art. O, widzę, widzę! Co to za straszna łuna purpurowa? Czy piekło na ziemię upadło? Czy to zorza słoneczna idzie z nizin ku niebu? Czy ziemia cała w ogniu?

God. Tak, cała ziemia w ogniu. To Godzina, co była przede mną. Ten czerwony Pożar, który wstrząsa posadami całej ziemi, to łuna wielkiej Rewolucyi. W niej runęły w zgliszcza wszystkie zamki feodalne, w niej upadły wszystkie ostrołuki gotyckie, rozwarły się wszystkie granice, które dzieliły człowieka od człowieka... Ten Pożar zapalił człowiekowi Pochodnię prawa ludzkiego — on człowiekowi powrócił jego swobodę pierwotną.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jakby.