Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jasnych aniołów siedziby w lazurze,
Kręgi złocone planet kołowrotem,
Błogosławionych nieśmiertelne róże;

Świat, gdzie, Panowań upojone złotem,
Cnoty, Modlitwy, Duchy, Serafimy,
Jak w tęczy żyją pod nieba namiotem,

Nie znając ognia, wichrów ani zimy:
Dziś — płomienistym rażony wybuchem —
Drżał widząc gęste niespodziane dymy.

Ujęte siły nieznanej podmuchem,
Wstrzęsły się czyste przestrzenie błękitu,
Gorejąc iskier niewstrzymanym ruchem:

Płonęło niebo od posad do szczytu
I, czerwonością rozpalone krwawą,
Skroś — od nadiru aż po kres zenitu,

Było jak wulkan buchający lawą!
W prochy padają cherubów siedliska;
Nicestwo dysze nad świętych dzierżawą.

Dopieroż dymy z onego zwaliska
Toczyły wokół pomieszane wonie
Czadu i ambry. I zgorzała wszystka

Niebios kraina, a w niebiosów zgonie
Spłonęły duchy wybrańców i świętych,
Co miały wieczność na patryarszem łonie.

Nie było-ć teraz duchów wniebowziętych,
(Zniknęły razem z krainami swemi),
Nie było duchów ani stref przeklętych.

I wielki przestrach panował na ziemi,
Bo niemasz odtąd piekieł i niebiosów,
A ród człowieczy, jak dawniej się plemi.