Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Umieram... I na wieki żegnam ten macoszy,
Czarny świat, gdzie tak mało zaznałem rozkoszy.
Lecz czem mi są dziś wszystkie bóle i rozpacze?
Niech mię nikt nie żałuje, niech mię nikt nie płacze!
Niechaj nikt za mą deską nie idzie pogrzebną,
Niech się niczyje usta i niczyje płuco
Nie trudzą, aby mowę głosić mi chwalebną;
Niech mię w dół bezimienny, jak rzecz niepotrzebną,
Jak gruz śmieci grabarze głuchonieme rzucą!
Niech mój grób łzą oblewa tylko deszcz wilgotny,
Niech spoczywam samotny, jak żyłem samotny!
Do ludzi nie mam żalu. Bo choć serce moje
Nieraz jadem zatruli, że łez lałem zdroje —
Wiem, że są to ofiary jakichś potęg wiecznych —
Nieublaganych, zimnych, surowych, koniecznych;
Że dusze ich i ciała, mózgi i czerepy —
Ich myśli, żądze, czyny — to fatalnie ślepy
Ruch atomów; że w zbrodni nawet są niewinni;
Więc nie mam do nich żalu. I jeśli niewinnym —
Wolno przebaczać — ja im przebaczam. Niech inni
Klną świat ludzki, że nie był dla nich dobroczynnym.
Jam ludzi raczej kochał, możem kochal więcej,
Niż kochali mię oni — konieczności jeńcy.
Duch mój obcy był dla nich, choć ich duchów ciemnie,
Nie były obce dla mnie! Łzy ich były we mnie.