Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A czasami ją kaszel dusi suchotniczy,
A na piersiach zataja kraśny sznur korali.

Kroczy tam i napowrót — i powraca znowu,
Jak żołnierz na szyldwachu, lub staje jak mara.
Jako upiór, co czyha spragniony połowu,
Aż jaki bezimienny kochanek, jej słowu
Magicznemu posłuszny, rzuci jej talara
Za uścisk. Potem idzie i powraca znowu.

A gdy ją ta bezmyślna znudzi wrzawa rynku,
By przerwać te bezpłodne, monotonne marsze
Dla nabrania sił nowych i dla odpoczynku,
Jakiś żar czując w krtani, wstępuje do szynku,
Kryjąc w larwę pijaczki lica swe monarsze,
Kiedy ją ta bezmyślna znudzi wrzawa rynku.

Tam, za drewnianym stołem, w zadymionej izbie,
W powietrzu spirytusem przesiąkłem, szynkarka
Wódkę leje w kieliszki niecierpliwej ciżbie,
I drży, by jaki pijak, czując kułak w świerzbie,
Nie uderzył jej w biodro, zanim jego czarka
Przejdzie na stół drewniany w zadymionej izbie.

Ćma przeróżnego ludu zapełnia szynkownię:
Jedni wchodzą na chwilę, jak przelotne ptaki,
Inni, zda się przykuci do czar nieodzownie
Wciąż suciej pochłaniają jadowite głownie,
Wyrobnicy, żołnierze, woźnice, żebraki —
Ćma przeróżnego ludu zapełnia szynkownię.

Tu robotnik znużony ciężkim trudem w hucie,
Któremu płuca wygryzł szklany piach płomienny
I wypalił mu z serca wszelkie ludzkie czucie,
Siadł za stołem i w trunku ognistej cykucie