Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na białośnieżne marmurowe ramię,
Rozfalowany padał warkocz złoty;
Wargi kąpane w różanym balsamie
Zapowiadały najwyższe pieszczoty.
Dwóch marmurowych wzgórz — zaokrągloną
Falą — bielało półotwarte łono.

Złotem i srebrem jaśniała purpura
Jej szat. Korona zdobiła jej skronie —
I słała dziwnie piękna i ponura,
Olśniewająca, na wyniosłym tronie,
Niby królowa nad wszystkie, a która,
Zda się, odczuła w swojem własnem łonie
Wszystkie ich męki, szały i rozkosze,
I wszystkie walki, żądze i rokosze!

Ta, którą na świat powołał Jehowa
Gdy jeszcze Adam, jako martwa glina,
Spał. Później pierwsza żona Adamowa,
Która z boleścią swój niebyt wspomina,
I która wielką miłość bytu chowa,
Kain niewieści, kochanka Kaina,
Demonów córa, czcicielka szatana,
Napoły mniszka, napół kurtyzana —

Ta, któréj dusza pośród walk bolesnych,
Napoły w piekle, w niebiosach napoły,
Raz w dzikich orgiach szalała cielesnych,
To znów sypała na głowę popioły,
Raz w namiętnościach tonęła bezkreśnych,
To znów leciała pomiędzy anioły,
Wiecznie spragniona, nieskończenie smutna,
Ta pani mądra, piękna i okrutna,

Lilith...

1891.