Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wokoło zamku był ogród zielony,
A w nim cieniste, tysiącletnie drzewa,
Miękkie murawy, jedwabne gazony,
Po których wietrzyk łagodnie powiewa.
W złotych cysternach zasiadły trytony,
Wodotryskami szumiąc, jak ulewa.
Pod gęstym cieniem mirtu i oliwy
Stał tłum posągów, niby marmur żywy.

A w zamku tłumem zaległy wieżyce,
Okna, galerye, balkony i schody,
Jak gdyby kwiaty czarowne — dziewice
Tak nieśmiertelnie kwitnącej urody,
Że, zda się, wiecznej młodości krynice
Życiodajnemi kąpały je wody,
I takie piękno wlewały w ich ciała,
Że się boginią każda wydawała.

I otom ujrzał tych bogiń tysiące,
Te marmurowe, białośnieżne łona
I te warkocze, falą spadające
Czarną lub złotą na białe ramiona,
I owe oczy, płomieniem ziejące,
Lub takie jasne, jak niebios opona,
Te białe czoła, te usta różane,
I owe dusze, jak zorza, świetlane.

Formą i krojem różnowzore szaty
Jeszcze tych bogiń podnoszą uroki:
Te prawie nagie, te w liście i kwiaty
Strojne; te w greckiej chitonie szerokiej,
Te przyodziane w królewskie szkarłaty,
Te w habit mniszki, te w nędzy powłoki —
I wszystkich czasów i stanów i ludów
Widziałeś stroje w tym Babelu cudów.