Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Był na przedmieściu niewielki ogródek,
Gdzie mało ludzi, lecz mnogie powoje
I wiele astrów, róż i niezabudek —
Lubiliśmy ten ogródek oboje.
Tam, gdy wieczorne zapadały cienie,
Z dwóch końców miasta szliśmy — ja i ona —
By codzień jedno powtarzać westchnienie,
Jednem westchnieniem kołysać dwa łona.
Trwało to krótko... Lecz dusza wspomina.
Choć łzy mi nieraz płyną z oczu sute...
Biegłem, gdzie na mnie czekała dziewczyna,
Biegłem... Pamiętam ten dzień, tę minutę...

Biegłem zdyszany i pełny tęsknoty...
A miasto wokół zgrzytało mi gwarnie —
Wrzawa przechodniów, powozów turkoty,
I migające nierówno latarnie
Sklepowe okna, kuchenne zapachy,
Drażniły duszę moją rozśpiewaną,
Że chciałem skrzydła mieć i po nad dachy
Lecieć i klęknąć przed mą ukochaną.
Nikt-że tu nie zna mej pieśni tajemnej?
W zadumie sklepów czytałem napisy.
A w tem z ulicy bocznej, wąskiej, ciemnej,
Ktoś wyszedł, wyszedł jakby z za kulisy.

Tak my na rogu zeszli się oboje,
I wzajem w oczy my sobie zajrzeli
I naraz imię usłyszałem swoje:
Ona to była! Bogi nas widzieli!
Ona to była! Jak w czarownej baśni,
Z pod ziemi naraz wyrosła dziewczyna.
I już mi było weselej i jaśniej...
I ludzie mili! Ach, dusza wspomina!