Strona:Poezye T. 2.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XXVIII.

Lubię więdnące kwiaty, pełne bladej ciszy,
Oczyma się patrzące w niebo omdlałemi —
Modlitwę ich przedśmiertną ucho moje słyszy,
Pożegnanie i razem powitanie ziemi.

Gdybyśmy tak umierać mogli, jak te kwiaty,
Ziemię żegnać i ziemię wraz witać rodzicę,
A nie jakieś zaziemskie gdzieś przeczuwać światy,
Błędnym wzrokiem w straszliwą patrzeć tajemnicę...

XXIX.

Dopóki sięgasz — — złotem ci się zdaje,
Gdy chwycisz — złoto okaże się szychem —
Zawsze i wszędzie los przed tobą staje
Z zimnym, szatańsko szyderczym uśmiechem.

I znowu pragniesz i znowu tęsknota
Rozrywa serce i myśli zamąca,
I znów szych w rękę chwytasz zamiast złota —
I to jest dola nasza aż do końca.

XXX.

Pamiętam ciche, jasne, złote dnie,
Co mi się dzisiaj cudnym zdają snem,
Bo był otwarty raj także i mnie
W dzieciństwie mem.