Strona:Poezye Stanisława Trembeckiego. Tomik II.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


 
Po tak zdumiewającym, i najpierwszym cudzie,
Od tej gliny ogrzanej wszyscy poszli ludzie.
A zaś od brata jego[1] bieg natury znany,
Stopniem niższe i nieme wywiódł koczkodany.
Gwar ciżby, lin skrzypienie, głośne szczęki młot6w,
Zwróciły moje kroki w stronę tych łoskotów,
Gdzie długi głaz z wnętrzności wyrobiony skały,
Mnogie siły złączone z trudnością dźwigały.
Z ciemności wydostany to będzie miał zyskiem,
Chmury swym dzielić końcem, zwać się obeliskiem.
Komu on wystawiony, świadczy napis ryty,
«Wnuk Dijony dla czwartej wystawił Charyty
W głębszym gładzonych ciosów leżą stosy lesie,
Z których się znakomita piramida wzniesie,
Nie inne w każdym boku strzegąca rozmiary;
Takiej dla Cesteusza Rzym pozwoli stary.
Ta bolesnein wspomnieniem rażąca mogiła,
Czyjeś niepospolite zwłoki będzie kryła.
A choć o wszelką nowość przywykłem się badać,
Czyje? boję się pytać, i niepragnę zgadać.
Niechaj ta za dni naszych nie nadchodzi pora,
By miała zniknąć ziomków w nieszczęściu podpora.
Nie spiesz się budowniczy, słuchaj ludów głosu,
Nie kładź rychlo pierwszego pod mogiłę ciosu:
Aż kiedy dwa od dzisiaj miną pokolenia,
Dopiero.... nie kładź jeszcze i wtedy kamienia.
Nagły mię smutek objął, i walczy z rozumem;
Pójdę tam, gdzie gwałtownym rzeka lecąc szumem,

  1. Epimeteusz, według starożytnej teologji, ojciec małp.