Strona:Poezye Stanisława Trembeckiego. Tomik II.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ta jest ostatnim celem, ta naszą nagrodą,
Do niej tamte dwa środki nieochybnie wiodą;
Złego nic, a dobrego nadziaławszy wiele,
Stajemy się nas samych wnętrzni przyjaciele,
Szacunek, tak zjednany, nigdy w nas nie ginie;
Nieprzerwanej pociechy ztąd uczucie płynie.
Czemby się człowiek prawy miał kiedy zasmucić,
Gdy mu nic serca skrytość nie zdoła zarzucić.
Ma on namiętnościami nieskażone skronie,
Nie blednie winy trwogą, ani wstydem płonie.
A jeźli zdarzeń ślepych dokuczą mu wady,
Bezróżnie je przyjmuje, jak wichry i grady.
Dopełnia obowiązki w radosnym sposobie,
Które winien i drugim, i samemu sobie.
Bo myśl i ciało będąc umieszczone ścisło;
Od ich zdrowia zwiększenie roskoszy zawisło.
A gdy dobrze strawionym obciążony wiekiem,
Pozna, że już przychodzi przestać być człowiekiem;
Tak się spokojnie złoży, z przodkami pospołu,
Jak gdy po walnej uczcie wstawałby od stołu.»
Nie szukając zawiłych rozstrzygnienia sporów
Uciekłem do pachniących czerpać roskosz borów.
Tysiąc jest jej rodzajów, cała na tem sztuka,
Żeby ją wszędy znalazł kto dokładnie szuka.
Pysznię się, że nasz pochód lepiej znam nad onych
W głównej Ateńskiej szkole gadaczów ćwiczonych;
Gdy kapłan Apollina, mówiąc kiedyś zemną,
Oznajmił mi człowieka pierwotność tajemną.
Prometeusz kształt Bogów ulepiwszy z gliny,
Kradzionym ogniem onej rozruszał sprężyny.