Strona:Poezye Stanisława Trembeckiego. Tomik II.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Co nam zostaje życzyć, niech do tej ustroni,
Popioły z ciałek waszych przenasza Fawoni.
Święte pola Elizu opuściwszy czasem,
Bawcie się z nasadzonym od rodziców lasem.
Niech was dziecinny szelest, świadczy tu przytomnych,
Zmieszany z szmerem zdrojów, i powiewów skromnych.
Stąd krążę, gdzie rozlewu pilnujący ścieków,
Z jednego most granitu kły wyzywa wieków.
Inne z kruszcu Chalybów wytopione sztucznie,
Mniemam, że je ulali Mulegbera ucznie;
A na rzucenie z procy czworogranną miarą,
Leży ucieczka pewna udręczonych skwarą.
Gmach ten z miąższego muru, od wierzchu do dołu
Z płynącego namiotem okryto żywiołu.
Imie ma Tetydijon; troskliwością ginę,
Pytając niewiadomych o zwiska przyczynę.
Nad moją ciekawością raczył się użalić
Metzel, uczony zamki wystawiać i walić;
Tęgiego wychowaniec pojętny Gradywa,
Temi rzecz objaśniając słowy się odzywa:
«Między morskiego niegdyś królewnami stanu,
«Cudnej była urody wnuczka Oceanu,
«Tetys tylko słyszała swe powszechne chwały,
«Sam wszechmocny nie szczupłe czuł do niej upały:
«Ale zoczywszy w starej przeznaczenia księdze,
«Że syn Tetydy ojca przewyższy w potędze;
«Gdy ten przedwieczny wyrok niecofnym rozumie
«Wstrzymał się, i kochanie ustąpiło dumie.
«Garnęła się prócz niego do dziadowskich progów
«Wielka liczba zalotnych i Bóztw i Półbogów.