Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/731

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wołałem Niniwitom: Powstańcie ze zbrodni! —
Powstali... Wołam na was: Gdańszczanie niegodni!
Długa cierpliwość Boża: mierząc cios ku głowie,
Pan czeka na zbrodniarzy i do skruchy zowie;
Lecz gdzie zbrodnia nad miarę urasta widocznie,
Oddali miłosierdzie, a chłostę rozpocznie.




Z POEZYI JĘDRZEJA KRZYCKIEGO.




I.

Na wesele Zygmunta I z Barbarą Zapolską.


Phoebe, decus vatum, pulcherrime, Phoebe, deorum...


Febie, ozdobo wieszczów, piękny, nieśmiertelny,
Promienny, wdzięczny lirą i w postrzale celny,
Znijdź, o dawco natchnienia, ku tej nizkiej ziemi
I orzeźwij me piersi zdrojmi aońskiemi!
Patrzaj, jako nasz Kraków świetnieje w tej porze,
Jaki blask, jaki przepych na królewskim dworze!
Niechże wstąpi mi w usta święte wieszcza słowo,
Bym opiewał tę wielką świetność narodową,
Niechaj mię moja pieśnią nad Homerów dźwignie,
Niech mię kwirycki śpiewak lotem nie doścignie,
Co, syt kastalskiej wody, piał trojańskich synów
Znakomitą wędrówkę do ziemi Latynów.
Lecz cóż widzę? co słyszę? co za wielkie wieście?
Jakież drogi gotują? skąd ten gwar po mieście?
Skąd ta chętka na sercu wykrzyknąć w tej porze?
Czemu tak świetne gwiazdy, i ziemia i morze?
Siła mężów dmie w surmy, bije taktów krocie,
Pacholęta i giermki błyskają we złocie,
Jedzie konno rycerstwo, — co tu blasku wszędy!
Kapią złotem halsbanty, łańcuchy i rzędy.
Otoczony młodzieżą, jak obwity w kwiecie,