Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/637

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Widzę promienie jasności wysoko,
Snadź Bóg się spuszcza lub zsyła Anioła.

Nie tak grzmiał Olimp w uroczystej chwili,
Obchodząc wielkie Jowiszowe święto,
Nie tak się Grecy Koryntu cieszyli,
Kiedy istmijskie gonitwy poczęto.

Głazie, co będziesz wspierał tę budowę,
Będziesz prawicą podpierany Bożą!
Anioły Pańskie, jak bogi domowe,
W tobie mieszkanie wieczyście założą.

Idźże ochoczo, poświęcona bryło,
Daj się zakopać we wnętrznościach ziemi;
Tam ci bezpiecznie, i chlubnie i miło
Podeprzeć kościół piersiami twojemi.

Ów, co cię świętem maszczeniem obdarzy
I po pastersku przeżegna gorliwie,
Uczyni jedność Nieba i ołtarzy,
I łaski Boże wymodli tej niwie.

W on dzień wesela, przyzwoitym blaskiem
Błysną ołtarze, Bogu poświęcone,
A tłumny naród z serdecznym oklaskiem
Powita miejsce ubłogosławione.

Modli się Bogu tysiączna gromada,
Przybyła tutaj i z blizka i z dali,
Pokorna ziemia swoje hołdy składa,
Morze się modli pluchotem swej fali.

A wy, w szkarłatne płaszcze przyodziani,
Świecący złotem, w żebrzącej postawie,
Czyż się napróżno modlicie, kapłani,
By Pan poszczęścił Karolowej sprawie

I k'jego hufom skierował swe oko?
Módlcie się, módlcie o hetmańskie zdrowie!