Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/561

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Już od dawniejszej miłości odwyknął,
Już drugiej dziewie dał serce motyle.
Upojon winem i szczęściem pieszczoty,
Chłodził po uczcie rozegrzane płuca.
Stróż go piekielny czekał poza wroty,
I rogiem bodzie, i na krzyż zarzuca;
Strwożony Fedor nie wie, co się święci,
Mniema, że trafem zawadził o kozła.
Postać go chwyta, ponad lasem kręci,
Kręci nad wodą i bystro powiozła.
Baszty i wieże pod stopami lecą,
Góry i wzgórki mżą się przed oczyma.
Fedor, od strachu wytrzeźwiony nieco,
Chciałby zeskoczyć, lecz odwagi nie ma.
Poznaje w ciemnie znajome budowy,
Poznaje wioskę, gdzie Fedora żywie;
Stare uczucia przyszły mu do głowy,
I wnet na ziemię spuścił się szczęśliwie.
Reszty nie powiem, bo to reszta łatwa,
Niech ją kto zechce skończy wedle siebie;
Nasza się pieśnią kolejno dogmatwa,
Jak ruscy ludzie płaczą na pogrzebie.


XXXV.

Gdy już u trupa przestaje bić tętno,
Stężałe ciało żółcią się powleka,
Wołają płaczkę, obrzędów pamiętną,
Ta umie płakać i cudzego człeka.
Jej łza przedażna jako grad się sypie,
Najemne, zmarszczki wykrzywiają lice,
I tak donośnie, przeraźliwie chlipie,
Jakby jej wzięto życia połowicę:
Poszedłeś, mężu, na wieczne pokoje,
Już nam nie przyjdziesz osładzać niedolę!
Komu twą chatę? komu dzieci twoje?
Kogo zostawisz, by orał twe pole?
Kto pójdzie ule podbierać z naczyniem?