Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/529

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy go ze szpetnej ofiarują dłoni.
Jęczy Polifem, bole pierś mu gniotą,
Bogaty w skarby, we wdzięki ubogi,
Dziewica gardzi skarbem i brzydotą,
W jej myślach Acis nadobny i drogi.
Lecz chętce mleka posilnego gwoli,
Dziewica morska, szydercza i płocha,
Pocznie się zbliżać powoli, powoli,
I potwornego cyklopa ukocha.
Tak przynęcona, przychodzi do groty
Na świeże mleko od jego owczarnie;
Męża, co służył za przedmiot pustoty,
Poczęła kochać i żal ją ogarnie,
I znowu szydzi z nieszczęsnej miłości.
Rzuć Sykulskiego, dziewico, olbrzyma!
Tutejszy pasterz hojnie cię ugości
I smakowitszym nabiałem zatrzyma.
Rzuć sycylijskie pagórki i wody,
I sycylijskiej ziemi dziwowiska:
Obacz na Rusi nasz taniec swobody,
I naszym krajom przypatrz się z poblizka.
Tu wszystko snadniej, nasza ziemia święta,
I zdrowsze mleko, i milsi pasterze!
Morska bogini, w te słowa zaklęta,
Widzę, jak polot ku Haliczu bierze.


XIII.

Zamieszka tutaj i z życzliwej chęci
Da nam w mleczarni plon błogosławiony,
Gdzie brodzi w lasach dobytek bydlęci,
Chodzą cielice z pełnemi wymiony,
I głośno ryczą, że im pierś nabrzmiała,
Wołają dziatwy, lub dojnej posługi.
Gdy zasię czeladź nie przyjdzie niedbała
Lub zginie ciołek, co wysysał strugi,
Wtedy dozwala, potrzebą naglona,
Ssać swoje piersi borowej gadzinie;