Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/496

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niechaj przekupstwa bezecnego narów
Wyniszczy z kraju troskliwym doglądem,
Niechaj przestrzega, by worek talarów
Miasto patrona nie stawał przed sądem.
Błogo nam będzie od takiego tronu,
Pękną łańcuchy naszych gnuśnych oków,
I cnota wyjdzie ze swego uchronu,
Jak ranne słońce z za chmurnych obłoków.
Młodzież troskliwa, aby wyjść na męży,
Wystąpi w pole w całej męstwa krasie!
Całego serca, całych sił wytęży,
By w tryumfalnej zajaśnieć kolasie.
Pieśni i liry, grając na przemianę,
Wysławiać będą starym obyczajem
Łupy zwycięskie, konie krwią, zbryzgane,
Mężów, co zgniotą Turka nad Dunajem.




ODA VII.

Do Licyi.


Dum Fortuna tibi prosperior...


Kiedy szczęście za tobą, gdy ci młodość służy,
Nie trudno ci wyszukać miłości przedmiotów;
Póki na licu kraska lilii i róży,
Wtedy i Demochares uwielbiać cię gotów.
Na mnie-ś ani patrzała, ufna w twą urodę,
Chociam długo i tęsknie kołatał w twe progi
I w ciepłem twojem sercu prosił o gospodę, —
Pogardziłaś mą prośbą. Dziś gdy los złowrogi,
Przysłał lata i zmarszczki — w tej nieszczęsnej dobie
Demochares cię rzucił — czuję nad twą klęską;
Lecz daremnie mnie znęcasz i przyzywasz k’sobie,
Nie głupim zjadać kości, gdy inny miał mięsko.