Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/456

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie mogła się uradzić rada jednakowa;
A w tem Jupiter, ojciec i nieba, i ziemie,
Dał słyszeć uroczysty grom swojego słowa:
Bądźcie spokojnej myśli! otuchę wam głoszę,
Bom już wynalazł środek bezpieczeństwu gwoli.
Ja i ziemię, i niebo w mojem sercu noszę,
Ziemia się nie wy pleni, a niebo wyzwoli.
Harde syny Japeta k’niebu się nie zbliżą,
Moja prawica śmiałków na dwoje rozsiecze!
To rzekł i snom rozkazał, by leciały chyżo,
Rzucić twarde uśpienie na oczy człowiecze.
Te różdżkę umoczywszy w letejskim potoku,
Deszczem usypiającym kropią ludzkie czoła.
Wnet senne odrętwienie zaniżyło w ich oku,
I zastygłszy w drzemaniu, polegli dokoła.
Jako gdy bujną trawę podstrzyżesz żelazem,
Trawa się jeno chybnie i w przekosy kładzie,
Tak mężowie pośpieni układli się razem,
Sen, jako mór, przebieżał po całej gromadzie.
Tymczasem Jowisz myśli wykonywa swoje:
Z Febem obchodzi sennych, i przy każdym stawa,
I mieczem każdą postać rozpłata na dwoje,
Jedną głowę, dwie ręce każdemu odkrawa.
Febus idzie za ojcem po całej gromadzie,
Jak lekarz pilno staje nad każdą połową,
Na rzniętych tułowiszczach swoje ręce kładzie,
I namaszcza balsamem, i ulecza zdrowo.
I oto znów do życia powróciła tłuszcza;
Jowisz wzniósł się do niebios na współbogów łono,
A kiedy ludzkie ciała twardy sen opuszcza,
Zdumieli się, ujrzawszy, jako ich zmniejszono.
Biegną, łączą się z sobą, trwożni i ciekawi,
Każdy swej połowicy najtroskliwiej szuka;
Ta żądza niespokojna dzień i noc ich trawi,
Pokąd łaskawej Wenus nie przyszła nauka.
Ta wszystkie dawne serca złagodziła pięknie,
Dodała dzikiej żądzy słodycz tajemniczą;